zapiski z 13.11.2012

15 maja 2012

Jestem w kawiarni samego Józefa K., w cudownym Sopocie, w
najpiękniejszych miejscach, miejscu, w miejscu do kochania.

 Skup się.

Co czujesz.

Czujesz spokój chyba właśnie. Jutrzejsza warszawa, praca,
stres jest tak daleko, nie ma powodu do paniki. Okazuje się, że kolejny etap,
który miał trwać wieczność: x. z dziewczyną daleko, stała praca i pensja, za
chwilę się skończy. Co za ironia. Ty, taka poukładana, z takim poukładanym
życiem,  ciągle coś zmieniasz. Nie z
własnej woli już, jakbym…. Była obiektem zmian.

 środkiem, nie celem.

Nowy pomysł na życie, Nowy Jork, dalej już nie można było?!
Jeśli chcę mieć powód do płaczu i depresji, to proszę, bardzo, wyjazd za ocean
to świetny powód. Oby tak dalej. Dlaczego wszystko jest tak niestałe.

Dziś tęsknię umiarkowanie. Może wprowadzę jakąś skalę,
zapiszę ją,obok wypiszę powody tęsknienia, porównam statystyki, odkryję tajny
klucz, wyeliminuję czynniki, wyleczę się metodycznie, systematycznie,
matematycznie, czy tak się da? Czy w ogóle się da? Czy w ogóle próbuję?

Zachorowałam dawno temu na przewlekłą chorobę, ciężką,
podobno uleczalną, ale w moim ciężkim przypadku tylko elektrowstrząsami.

Skup się.

Co myślisz.

Myślisz, że jest zimno. Taak, może monolog to przeżytek,
może powinnaś prowadzić ze sobą dialog, może to jest sposób na przekonanie
samej siebie, że tak właśnie wygląda życie,
prawdziwe, nikt cię nie ostrzegał, przecież ty… no właśnie, przecież to wszystko
ty, nikt inny, sama tak wybrałaś. Rzeczywiście? Wybrałaś? Kto wybrał? Może
wybrano? Może wybrali….

Tak bardzo chciałabym przestać myśleć. Może nie aż tak
bardzo jak Marylin, ale jednak całkiem. Chociaż na chwilę. Czy jest na to jakiś
sposób oprócz białych chemicznych środków?

Czy jest sposób, aby się odciąć, uciec naprawdę?  Przecież w moim przypadku nic nie działa.
Zawsze wracam jak usłużny alkoholik do miejsc, które powinny odejść do
zapomnienia. Wszystkie moje decyzje są tak niestanowcze. Płynne. Lekkie.
Zmienialne. Odwołalne. Niby coś zmieniam, a tak naprawdę to nic się nie
zmienia. Podziałam gdzieś  skutek.
Zatarłam przyczyny.

 Środki straciły
ważność.

Wszystko jest  płynne
i lekkie. Tak piszę dziś, z perspektywy setki kilometrów, daleko od wszelkiego
złego. O takich chwilach, w takich miejscach marzyłam. O takim spokoju. O
takiej kawiarni z takim grzanym winie. O takim czasie na przemyślenia, o morzu,
może trochę cieplejszym. Zatrzymuję się na chwilę, patrzę ponad ekranem, słyszę
muzykę („i don’t wanna be anyone ghost-the national, to było na opeerze, o
irooonioooo)i aż płakać mi się chce z mojego kawiarnianego szczęścia. Myślę, że
wszystkie najlepsze powieści powstają w listopadzie, nad morzem w takich
kawiarniach. Zatopione w deszczu, melancholii, zatrzymane, wycofane,
stopklatka.

Kiedyś dokładnie wiedziałam, co czuję. Kiedy było źle, to
źle naprawdę, na poważnie, na całej linii. A teraz? Jak jest? I dlaczego ja
tego nie wiem?

Napisz odpowiedź


  • RSS